Politechnika Wrocławska - Studium Doktoranckie

Forum dyskusyjne

Zapraszamy do udziału w dyskusji na oficjalnym forum studiów doktoranckich PWr.
Na forum wypowiadają się również pracownicy Działu Nauczania.

Poleci ktoś jakiś fajny kurs podstawowy?

Najlepiej taki, na który nie trzeba chodzić. :D dzięki.
Skoro nie chcesz chodzić to po co się zapisywać?

Ach, pytałeś czy ktoś poleci, więc polecam :)
Bo trzeba?

Btw., dzięki za polecenie kursu, wiedziałem że na doktorantów można liczyć <:
Zachęcam do podejścia praktycznego i jeśli nie było na studiach r.r.cząstkowych to podjąć kurs:

Zastosowania równań różniczkowych cząstkowych
Goncerzewicz Jan, dr
Wykład, SR, 09:15-11:00, sala 0.38, bud. C-13
Stan zapisów: 4/70
Dobry żart. :D
A z jakiego jesteś wydziału? Łatwiej będzie nam coś Tobie polecić, gdy się sprecyzujesz.

Ciekawe, czemu uważasz kurs r.r. za żart?
Nie interesuje mnie zawartość merytoryczna kursu, naprawdę. Podstawowe kryteria to łatwość zaliczenia i nieobowiązkowa obecność. Został mi jeden ostatni do wyrobienia, a ja już naprawdę nie odczuwam radości z uczestnictwa w wykładach, na które chodzą 3 osoby.
Nowe zaawansowane technologie w energetyce u prof. Rybaka zajęcia prowadzone jak seminarium każdy ma temat do wygłoszenia. Zajęcia bardzo przyjemne (takie jak Pan prof.) często przepadały z różnych względów. Tematyka o energetyce ale w formie popularnonaukowej czyli dla każdego coś ciekawego.

Analiza danych eksperymentalnych cz.I - nie trzeba chodzić, zaliczenie exam ustny ktoś kto nie dostanie 5.0 to łamaga:)
Nie byłem ani razu bo sala była za mała :) i się wszyscy nie mieścili wiec nie chciałem robić dodatkowego tłoku. Dla ambitnych pierwszaków można dostać 5.5 za chodzenie na wykład i udzielanie się, jeżeli prof. Muciek zapamięta to ocena j.w.

Niekonwencjonalne źródła energii - to słyszałem, że lajt, jakaś seminarka do wygłoszenia

Seminarium interdyscyplinarne - bardzo polecam!!!! :) naprawdę warto lekko i przyjemnie:)

Wystąpienia publiczne. Seminarium interdyscyplinarne - tą Panią kolei odradzam, no chyba że ktoś lubi być poniżany i mieszany z błotem. Sprawdzana jest obecność i nie ma zmiłuj nie uzbierasz obecności to Cię uwali.

O, no wreszcie jakiś konkretny post.
Mućka już zrobiłem (nawet obie części), niekonwencjonalne źródła też, seminarki też już wyrobiłem. Panią dr Helenę też już mam na szczęście za sobą. ;P Ten pan prof. Rybak brzmi w miarę sensownie, ale czy trzeba chodzić? :P Czy wystarczy wygłosić swoje i można podziękować?
Do Rybaka trzeba chodzić bo puszcza listę, ale wiele ludzi nie chodziło a i tak zaliczyło. Mimo wszystko uważam, że kurs jest ciekawy bo można się dużo dowiedzieć ciekawostek z energetyki
Ale to i tak nie jest kurs podstawowy... a ja potrzebuję podstawowy. Żadnego wyboru w tym semestrze. :P
Ponawiam pytanie - ktoś poleci jakiś kurs podstawowy, z tych dostępnych na najbliższy semestr? Najlepiej taki, na którym dają 5 bez chodzenia. :P
Aż mi się niedobrze robi jak czytam takie pytania. I żal, że jestem doktorantem wraz z niektórymi osobnikami jak tutaj powyżej, którzy prezentują wyższy poziom ignorancji niż najgorsi studenci. Program studiów macie sobie przygotować z promotorem, taki, abyście kończąc studia doktoranckie mieli jakąś wiedzę z tego czym się zajmujecie i z dziedzin pokrewnych. Aby potem różne osoby nie nabijały się z Was, że macie doktorat a nie macie pojęcia o PODSTAWOWYCH czy KIERUNKOWYCH zagadnieniach. Skandalem jest już sam fakt, że na większości kursów zalicza się za samą obecność a egzaminy są fikcją. W praktyce studia doktoranckie mają poziom gorszy niż przeciętne liceum. Niestety również za sprawą osób powyżej, które zamiast chcieć wiedzę zdobywać, pragną "papierka". Otóż im szerzej będzie się tak działo jak opisuje się powyżej, tym mniej będzie ów papierek wart. Przez pięć lat studiów naoglądałem się prowadząych z doktoratami, którzy:
1. Nie potrafią mówić poprawnie po polsku
2. Nie mają żadnych umiejętności dydaktycznych - są antytalentami w tej materii
3. Nie mają pojęcia zielonego o nauce poza swoją wąziutką dziedziną
....

można by dalej... wiem, że niektórym bliżej było na doktorat niż do pośredniaka, ale uważam, że już szukanie i publiczne pisanie że szuka się kursów, które zaliczy się za nic to prostactwo i bezczelność.

A jak ktoś uważa, że jest "genialny", to dla niego jest tryb eksternistyczny. I niech poda tu na forum gdzie i kiedy ma publiczną obronę, to się chętnie z kilkoma pytaniami wybiorę.
Ale żeś się, kolego, uniósł. Po co te nerwy?

Niech Ci będzie żal, że jesteś zmuszony robić doktorat na jednej uczelni z takimi ludźmi, jak ja. Dobrze, że naszej uczelni nie jest żal, że tu jestem. ;)

Sprawiasz wrażenie, jak byś uważał, że w robieniu doktoratu najważniejsze to wypełnianie założeń studiów III stopnia, czyli uczęszczanie na pseudo-wykłady i skrupulatne pisanie sprawozdań i naciąganych planów semestralnych. Otóż, kolego, jestem zupełnie innego zdania.

W całej tej zabawie w doktoraty chodzi przecież o zgłębianie jednej, konkretnej dziedziny, a w zasadzie małego wycinka z wąskiego fragmentu specjalistycznej dziedziny. Nie ma co ukrywać, że nikt z nas raczej nie robi tutaj nauki zasługującej na nagrodę Nobla (a jak ktoś robi, to chapeau bas - i muszę przyznać, że zazdroszczę). Z kursów oferowanych Uczelnię, ŻADEN, ale to absolutnie żaden nie dotyczy mojej dziedziny. Absolutnie ŻADEN, ale to żaden naukowiec z naszej uczelni nie jest w stanie nauczyć mnie niczego nowego w zakresie dziedziny, w której prowadzę badania. Więc na cholerę mi te kursy? Jedyne, co jest jeszcze przydatne, to języki obce. Ale tutaj też są jaja, bo ustalone są jakieś absurdalne limity nieobecności, których przekroczenie grozi niezaliczeniem. Wystarczy wyjechać w jednym semestrze na dwie konferencje zagraniczne (tygodniowe) i już można zarobić bańkę z angielskiego. I nikogo to nie interesuje, żeś pan jest doktorant i musiałeś jechać na konferencję. O nie, najważniejsze to przyjść na lekcję i odsiedzieć swoje. Bo standardem uczelnianym jest chyba fakt, że na konferencję to tylko profesory mogą jechać. ;)

Nie rozumiem też, dlaczego wylewasz swoją frustrację na mnie, za to, że ktoś nie umie się porządnie wysławiać. Jego problem, mógł się uczyć, kiedy był na to czas. Od nauczenia ludzi mówienia po polsku jest chyba szkoła podstawowa, gimnazja, licea - a nie uczelnie wyższe. Mnie też to denerwuje, kiedy dostaję sprawozdanie od studenta, albo pracę inżynierską od dyplomanta, a w niej byków tyle, że można corridę urządzić. No ale co ja zrobię? Mam się zapisać na wykład dla doktorantów, żeby to zmienić? :D

Ja nie narzekam na swój poziom polszczyzny, nie narzekam na moje umiejętności dydaktyczne (moi studenci i dyplomanci też nie), ba - nawet nie narzekam na swój poziom wiedzy z innych dziedzin (które mnie interesują), spoza zakresu mojej "wąziutkiej dziedziny". Nie jestem do końca usatysfakcjonowany z przedstawionej oferty dydaktycznej, gdyż w większości dotyczy ona chemików, biotechnologów, itd. Chodzenie na takie wykłady nie ma dla mnie żadnego sensu, jest stratą czasu. Z niedowierzaniem i zazdrością patrzę na znalezione w internecie slajdy z wykładów dla studentów/doktorantów z zachodnich uczelni (w Niemczech, Szwajcarii, o USA nie wspominając). Gdyby u nas był taki poziom - ha, to ja bym z tej śmiesznej salki w C-13 nie wychodził. Mimo niewygodnych krzeseł i braku okien.

Jak chcesz być omnibusem, alfą i omegą, mieć coś do powiedzenia na każdy temat - proszę bardzo, chodź sobie nawet i na wszystkie wykłady oferowane przez Uczelnię w ramach studiów doktoranckich. Ja w tym czasie wolę walnąć kilka filadelfijskich rocznie albo pojechać na konferencję do Stanów. To jest istotniejsze z punktu widzenia rozwoju mojej kariery naukowej niż to, że pójdę siedzieć na wykład spoza mojej "wąziutkiej dziedziny" (z którego i tak niewiele zrozumiem, bo to w końcu wykłady dla doktorantów, a nie kurs od podstaw) i potem jeszcze będę musiał tracić kilka dni na czytaniu książki, żeby się przygotować do kolokwium z tego przedmiotu.

Moim skromnym zdaniem: fakt, że ktoś wprowadza zaliczenia czy egzaminy z przedmiotów na studiach doktoranckich jest absurdem. Jak rozmawiam ze znajomymi doktorantami z innych uczelni w kraju, to wszyscy się z tego śmieją, że ktoś robi doktorantom egzamin (już nawet nie mówię o znajomych, którzy robili doktoraty w USA - kursy do zaliczenia? Jakie kursy... Dydaktyka? Jaka dydaktyka, tam profesorowie mają 30 godzin w semestrze, doktorant co najwyżej POMAGA przy jednym ćwiczeniu wykonywanym w ramach zajęć laboratoryjnych).

No, reasumując - mam nadzieję, że jasno i klarownie wytłumaczyłem Ci mój punkt widzenia. Ty masz swoje zdanie na ten temat, ja mam swoje. Nie upieram się, że moja racja jest "najmojsza" (tak jak Ty to zasadniczo zrobiłeś). Aha - jeśli nie masz zamiaru polecić mi żadnego kursu podstawowego, na który nie trzeba chodzić, a można go zaliczyć - to nie rozumiem, po co w ogóle zawitałeś do tego tematu. ;)
PS. A na obronę z pewnością Cię zaproszę, jeśli chcesz. Może wreszcie zadasz jakieś rozsądne pytanie, w przeciwieństwie do niektórych światłych uczonych. Już chyba niedługo, wszak siedzę już tu trzy semestry, a młodej kadry trzeci raz już nie dadzą. :P Pozdrawiam serdecznie...
Możesz mieć swoje zdanie, jak każdy. ale nie każdym zdaniem wypada się chwalić. Co do "niepasowania" kursów - kursy podstawowe mają to do siebie że pasować nie muszą. Mają rozwijać ogólnie. I nie oburzaj się - skoro jest, jak mówisz, że wszystko ogarniasz itd. należało robić doktorat eksternistycznie.

"moi studenci i dyplomanci też nie" - ciekawe, jak to jest mieć "dyplomantów" będąc doktorantem....

Co do egzaminów - mam kolęgę, który robił doktorat (zakończony sukcesem) na MIT i tam były poważne, porządne egzaminy. I jakoś nikogo to nie dziwiło.

Co do niemówienia po polsku - takich ludzi wogóle się nie powinno przymować na studia. Ale skoro się już łaskawie przyjmuje na doktorat od jakiejś nędznie niskiej średniej, to powinno się wymagać. A jest jak jest.

"Aha - jeśli nie masz zamiaru polecić mi żadnego kursu podstawowego, na który nie trzeba chodzić, a można go zaliczyć - to nie rozumiem, po co w ogóle zawitałeś do tego tematu." To tak jakby złodziej okradający mi sąsiada krzyczał do mnie abym mu pomóg wynosić meble tegoż, a po tym jak bym wezwał policję miał mi za złe, po co dzwoniłem, skoro prosił o pomoc.

Smutne jest też mówienie o karierze - wybierasz nie to co ważne, a co pomoże w kariesze. Eh, jakaż to słoma...

Otóż wspomniana przez Waści młoda kadra i szereg różnych "dochodów" wynika też z ocen. I to jest smutne, że ktoś, kto chce się uczyć i wybierze trudne kursy, gdzie oceny nie są farsą, dostanie 4,5 może odpaść, bo ktoś zaliczył łatwe za chodzenie na 5,0.

I jeszcze jedno:
"W całej tej zabawie w doktoraty chodzi przecież o zgłębianie jednej, konkretnej dziedziny, a w zasadzie małego wycinka z wąskiego fragmentu specjalistycznej dziedziny. "

Na dyplomie będzie widniało "doktor nauk technicznych", albo "doktor nauk chemicznych" albo "doktor matematyki' etc, a nie doktor "wąskiej nikomu nic nie mówiącej specjalonści". A u amerykanów jest doktor filozofii, aby pokazać, że doktorat to przede wszystkim dowód pewnego poziomu wiedzy ogólnego - poziomu człowieka. A nie tego, że ktoś przez 4 lata świetnie opanował wąziutki materiał. Bo to po prostu potrafi zrobić każdy.
Swojego zdania w tej kwestii się absolutnie nie wstydzę i będę go bronił. Oczywiście, jak to się mawia - tylko krowa nie zmienia poglądów, może z czasem mi się coś zmieni.
Nie mówię, że wszystko "ogarniam". Sam doskonale wiesz, że tematyka kursów jest ograniczona i nie da się dogodzić wszystkim. Wynika to z wielu powodów, chociażby braku ludzi będących specjalistami w danych dziedzinach. Więc ja absolutnie nie mam pretensji do nikogo, że nie ma tutaj jakiegoś konkretnego kursu. Nie ma, bo nie ma Polaków, którzy by się na tym znali, a jak już są, to w Warszawie, a nie tu.

Jak mieć dyplomantów? Chyba nie muszę Ci tego tłumaczyć. Chyba każdy doktorant opiekuje się dyplomantami, czasem z własnej woli (dogadując się z nauczycielami, by wzięli formalnie na siebie), a czasem z czyjejś woli (profesora, który bierze dyplomanta, a potem go "zrzuca" swojemu doktorantowi). Akurat w mojej grupie sytuacja jest pod tym względem bardzo fair. Jeśli wiesz, o czym mówię.

Nie porównujmy MIT do Politechniki, proszę Cię. :D Już wystarczy, że JM w przedwyborczej gorączce rozpowiada, że chce we Wrocławiu zrobić drugi MIT. A będzie z tego... kit. ;)

To, że na doktorat przyjmuje się od niskiej średniej i bez egzaminów wynika z tego, że również na studia przyjmuje się od niskiej średniej i bez egzaminów. Na co najmniej połowę kierunków na PWr nie ma absolutnie żadnego progu rekrutacyjnego. Jak tak dalej pójdzie, to za parę(naście) lat posiadanie stopnia doktora będzie tym, co kilka lat temu tytułu magistra. ;)

Aż tak Cię boli, że komuś może zależeć na karierze? No cóż, takie jest moje marzenie - zrobić karierę naukowca. I skrupulatnie to marzenie realizuję. W karierze nie pomaga mi siedzenie na wykładach z grupy kursów podstawowych. Pomaga mi za to zgłębianie wiedzy w "wąziutkiej dziedzinie", prowadzenie badań, publikowanie. Jak po zrobieniu doktoratu będę aplikował do pracy w jakimś wiodącym ośrodku badawczym, nikogo nie będzie interesowało to, że chodziłem na wykład z oczyszczania ścieków, ale jakiego mam Hirsha i ile filadelfijskich. O moje zainteresowania pozanaukowe (tak zwane ogólne) się nie martw, świetnie realizuje swoje inne pasje "po godzinach" i absolutnie nie mam ambicji być wielkim doktorem od nauk technicznych, znającym się na chemii organicznej, mechanice pojazdów spalinowych, fizyce kwantowej i budowie mostów. Wręcz przeciwnie. Nie bawi mnie "lizanie" każdej dziedziny po trochu, bo wtedy de facto nie wiem nic. Jak już coś robić, to robić porządnie.

Młoda Kadra akurat nie ma chyba nic wspólnego z ocenami z kursów, a nawet jak ma, to liczy się to niewiele. Największy wpływ ma dorobek naukowy. Dorobku się nie zdobywa słuchając wykładów o oczyszczaniu ścieków, tylko spędzając godziny w laboratorium i wyciągając mądre wnioski z tego, co się zrobiło. Zdajesz się reprezentować stanowisko typu: "uczysz się dla siebie, a nie dla średniej ocen". A ja się pytam: czy jedno nie może iść z drugim w parze? Skoro średnia przekłada się bezpośrednio na pieniądze, to czemu mam o nią nie walczyć? To tak jak by pogardzić pieniędzmi, które ktoś nam daje w zasadzie za nic. Car się po rubla schyli, a po kopiejkę to nawet przyklęknie, drogi kolego.

Co będzie widniało na dyplomie to chyba jest mało istotne, w gruncie rzeczy.
I smutne jest to, że Tobie się najwyraźniej wydaje, że zrobienie doktoratu to "opanowanie wąziutkiego materiału przez 4 lata". No owszem, często to na tej uczelni tak wygląda. Potem widzimy obrony doktoratów, których autorzy nie mają na koncie ani jednej publikacji, albo widzimy habilitacje oparte na polskojęzycznych artykułach za 6 pkt MNiSW. Tak, to potrafi zrobić każdy. Sęk jest w tym, żeby tę dziedzinę nie tylko zgłębić, ale żeby dodać do niej coś od siebie. Ja do swojej już dodałem na tyle, że na doktorat już wystarczy. Co mnie oczywiście bardzo satysfakcjonuje, ale oznacza dopiero początek długiej drogi. Lub, jak kto woli - kariery.
@ WOLAND. Powiem krótko: zdobywać wiedzę też można bez tych bezsensownych zajęć.

Wszyscy wiemy, że zostały one stworzone na potrzeby wypełnienia pensum wykładowcom, którzy niskim kosztem wkładu własnego mogą odwalić 30h zajęć. Ja nie oczekuje od profa gigantycznego wkładu własnego bo wiem, że odrabia pańszczyznę za marne grosze i myślami jest gdzieś w swoich naukowych rozważaniach. Wiec w drugą stronę niech nie oczekują ode mnie dużego zaangażowania w odrabianiu pańszczyzny... bo ja też jestem myślami w swojej dziedzinie. I zamiast marnowania mojego czasu mógłbym przeczytać jakiś ciekawy artykuł popularnonaukowy lub po prostu wziąć się do roboty i dorobić parę groszy do tego żenującego stypendium....
hehe dobre, to idąc tym tokiem rozumowania polecić można choćby taki kurs, i też dobrze sobie poradzisz odgrywając rolę dwa razy w roku :)

pozdrawiam


Musisz się zalogować, by napisać odpowiedź.


Powrót